poniedziałek, 3 lipca 2017

Bornholm na rowerach inaczej



Bornholm - drugie podejście.


Po dwóch tygodniach ponowiliśmy próbę wyjazdu z rowerami na Bornholm. Prognozy pogody niestety zapowiadały znowu sztorm. Nie wiem czy starczy mi sił na trzecią próbę, jeśli teraz znowu prom nie wypłynie. Już wieczorem zaczyna lać i wiać. Do rana ma się jeszcze wzmagać, ale kładę się spać z myślą że o 5 rano pobudka i wyjazd do Kołobrzegu. Budzik piszczy przed piątą, wstaję pełen werwy, za oknem huczy wiatr, ale co mi tam.


                Przyjeżdża Tomek rowerem, zdążył już przemoczyć ciuchy jadąc z domu do mnie. Z nosa zwisa mu kropla (mam nadzieję, że deszczu), ale w oczach ma iskry. Jego wzrok zdaje się mówić „co by się nie działo i tak lepsze to niż siedzenie przed telewizorem”.

- Daj pompkę dopompuję powietrza.

Daję, pompuje, ja już wczoraj zrobiłem przegląd roweru.

- Kupiłem Aviomarin - informuję

- Nie zaszkodzi, ostro nas wytrzepie na promie. Jeszcze nie zdajesz sobie sprawy, jak wygląda taki rejs małym katamaranem w sztormie.

- E tam, damy radę, nie będzie tak źle

- Może i nie będzie

Rzuca Tomek optymistycznie, ale zaraz potem dodaje dla równowagi:

- Przy tej temperaturze wody przeżyjemy z półtorej godzinki w wodzie. No chyba że będziemy się obejmować przytuleni, wtedy możemy przeżyć ze trzy godziny.

Zacząłem się zastanawiać, czy te dodatkowe półtorej godziny życia warte jest aż takiej intymności. W głowie utworzył się obraz nas dwóch w kamizelkach ratunkowych objętych i przytulonych, podskakujących, jak korek na wodzie. Brrrr..

- Musisz takie historie opowiadać przed wypłynięciem? Mi się już rzygać chce a co dopiero będzie na pokładzie

- Na pewno nie będzie dobrze, pływałem już w sztorm małymi jednostkami, nawet pojęcia nie masz co się będzie działo - mruknął Tomek pocieszająco na zakończenie

Rowery załadowane, w drogę. W porcie znaleźliśmy parking płatny, zostawiliśmy auto. Ruszyliśmy z rowerami na nabrzeże. Prom Jantar czekał na nas bujając się całkiem mocno już w porcie. Wchodzimy, ludzi sporo, każdy szuka dobrego lokum. My siadamy w restauracyjnym, mniej więcej na środku promu bo wtedy teoretycznie mniej buja. Humory mimo braku powodów dopisują, jak to się mówi „co ma wisieć nie utonie”.


Do baru co chwilę ktoś podchodzi. Wszyscy kupują kawki, ciasteczka i inne przekąski. Sam też zainwestowałem w kawę i pączek. Ale poszedł Tomek, ja czułem się ciut nieswojo.
 

Dokoła gwar wesołych współtowarzyszy rejsu. Ludzie w różnym wieku i dzieci i młodzież i tacy, jak my i dziadkowie. Kawa już teraz się wylewa mimo, że stoimy uwiązani do nabrzeża. Coś czuję, że na morzu będzie bujać mocniej. Włączają silniki a obsługa przedziału restauracyjnego zaczyna zbierać wszystko ze stolików. Zabrali mi sprzed nosa ostatni łyk kawy informując

- Zaraz to wszystko pospada na podłogę

Hmm, zabrzmiało nieciekawie, ale bardzie złowieszcze było to, że po zebraniu całego szkła, kelner na każdy stolik rzucił sporą garść foliowych woreczków.


- To do rzygania - poinformował fachowo Tomek

Popatrzyłem po twarzach okolicznych współtowarzyszy niedoli. Rysowała się na nich pewna konsternacja, ale ludzie wciąż żartowali, śmiali się i rozmawiali wesoło. Po kilku minutach byliśmy na pełnym morzu. Powiem wprost - zaczął się prawdziwy koniec świata. Bujało tak, jakby ktoś cały prom powiesił na sznurku na gałęzi i popchnął z całej siły. Do tego jakieś przeraźliwe uderzenia w kadłub, coś jak walenie wielkim młotem w wielką blachę, i jeszcze dudnienie i warczenie gdy prom wpadał w rezonans ze śrubą napędową, wszystko drżało, jakby się miało zaraz coś urwać.

- Tak warczy - wyjaśnił Tomek - gdy śruba jest nad wodą

- Jak nad wodą? A co to jakiś helikopter jest? Śruba w wodzie chyba napędza prom - napomknąłem niepewnie

- Ale jak większa fala podrzuci kadłub to śruba jest nad powierzchnią

Moja wyobraźnia ruszyła już pełną parą, płyniemy raz ze śrubą w wodzie raz nad wodą, no ładny gips. Za oknem widok dla szczura lądowego przerażający. Raz widać niebo a raz morze i tak na przemian, całe okno nieba a potem całe okno wody. Ludzie jak rzuca! Towarzystwo dokoła zszokowane jak i ja, nikt już nie żartuje, zniknęły uśmiechy, wzrok rozbiegany, trzymanie się kurczowo poręczy. Kelner sprząta bar, wie że już do końca rejsu nie nie sprzeda. Biznes ma wyłącznie w porcie przed startem. Wsadzam słuchawki w uszy, puszczam muzę, głowę opieram na stoliku, zamykam oczy i udaję, że mnie tu nie ma. Głowa przesuwa mi się po stoliku od końca do końca i znowu i znowu. Po kilku chwilach szturcha mnie Tomek

- Słyszysz ? Już rzygają. To już teraz i my możemy, najważniejsze, żeby nie rzygnąć jako pierwszy bo wychodzisz na cieniasa

Tomek jest po szkole morskiej i po kilku prawdziwych rejsach, porównując do mnie, to prawdziwy wilk morski. Powiem wam, że jako jeden z nielicznych nie rzygał w ten dzień. Ja już po chwili waliłem do woreczka. Nie żebym gdzieś musiał wychodzić. Normalnie przy stoliku na pokładzie restauracyjnym. Wyglądało to surrealistycznie. Restauracja, pełno ludzi, wszyscy siedzą przy stolikach i rzygają do woreczków a w tle z głośniczków sączy się ballada Stinga.
                Moje wymioty na szczęście były nagłe i intensywne ale krótkie. Po pięciu minutach oddałem kupionego pączka i kawę i do końca rejsu mogłem świadomie obserwować co się dzieje dokoła. Ta świadomość nie była dobrodziejstwem, gdybym był nieświadomy podróż byłaby dużo sympatyczniejsza. Myślę, że przed rejsem zamiast Aviomarinu powinno się łykać tabletkę gwałtu. Budzisz się po rejsie i nic nie pamiętasz. Było coraz gorzej, bujało tak, że ciężkie fotele jeździły po podłodze od ściany do ściany. W jednym z nich siedział nawet jakiś starszy pan z zieloną twarzą i przejeżdżał systematycznie przed moim wzrokiem tam i z powrotem, od ściany do filaru. Miał już dobre z pół woreczka zapełnione ale patrząc po twarzy to nie był jego ostatni woreczek. Zupełnie mu nie przeszkadzało, że tak jeździ po pokładzie skulony w fotelu. Najgorsze działo się za moimi plecami. Te puste fotele były po osobach, które nie ograniczały się do rzygania, ale były wręcz na krawędzi utraty przytomności. Z jakiegoś powodu wolały przenieść się z siedzeń na podłogę korytarza. Leżało tam już  sporo osób wyglądających na zwłoki. Mokrzy od potu, bladzi, z ręcznikami i workami wymiotów. W telewizji puścili instruktarz na wypadek wypadnięcia za burtę. Świetny moment na taki film. W pewnej chwili dwóch oficerów z obsługi podeszło do bardzo źle wyglądającej kobiety, która leżała na podłodze przed samą toaletą w taki sposób, że ludzie przechodzili okrakiem nad nią

- Może przeniesiemy panią w lepsze miejsce?

Pani tylko coś zabulgotała. Najwyraźniej uznali to za zgodę bo normalnie jak pijaka wzięli ją za ręce i nogi i przenieśli do restauracyjnego… też na podłogę. Nie wyjaśniłem tego do tej pory, ale faktem jest, że wszyscy Ci których choroba morska zrujnowała doszczętnie woleli podłogę. I tak przewalali się z boku na bok z przechyłami promu. Ktoś nawet klęczał jakby się modląc, a może tylko tak przykucnął. Modlenie się jednak wcale by mnie nie zdziwiło i byłoby całkiem na miejscu. Z głośników dobiegł głos.

- Proszę o uwagę. Jeśli jest na promie lekarz to prosimy o pomoc na pokładzie dolnym

Aha czyli, że to nie tylko u nas w restauracyjnym się dzieje. Może i jest jakiś lekarz ale pewno też siedzi gdzieś w kącie obrzygany. Może trochę przesadziłem w opisie tego sztormowego rejsu a może i nie. Dla kogoś kto pływał czymś małym po falach pewno to nic nadzwyczajnego. Jednak dla tych kilkudziesięciu emerytów z woreczkami było to coś na kształt sądu ostatecznego. Kilka osób nie miało żadnych problemów z mdłościami, kilkanaście miało je krótko i przejściowo jak ja, ale większość męczyła się strasznie przez cały rejs. I pomyśleć, że mieli w głowie cały czas myśl, że tą samą łajbą będą wracać.
                Jedynym ruchem, jaki można było wykonywać to było przesuwanie się z fotelem, czy na stole, czy też turlanie na podłodze. W pewnej chwili zapragnąłem udać się do toalety. Pomyślałem sobie, że sikanie do woreczka przy stole będzie już małą przesadą. To była prawdziwa eskapada, łapanie się za co popadnie i obijanie o wszystkie kanty. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłem, pokonanie każdego metra wymagało nie lada sprawności, zwłaszcza, że po drodze trafiali się ludzie na podłodze. Załoga porozdawała im koce, i teraz niby leżeli na podłodze w większym luksusie. Kilka osób siedziała z rowerami na dworze, na deszczu i wietrze. Podobno w takich ekstremalnych warunkach doznawali swoistej ulgi w rzyganiu. Nie znajdziecie tu zdjęć tych wszystkich nieszczęśników, żal mi strasznie było tych poszkodowanych ludzi, którzy przeżywali prawdziwe, kilkugodzinne katusze. Myślę, że mogliby mnie zadźgać widelcem, gdybym zaczął robić im zdjęcia, wielu z nich nie wyglądało już na cywilizowanych ludzi. Dotarłem do toalety. No to wyglądało ciekawie. Cała podłoga w moczu (dzięki Bogu nic grubszego). Sam też się do tego dołożyłem, bo trzeba cudu, żeby trafić do muszli przy takich falach. A siadać przy tak opryskanym sedesie chyba nikt nie próbował. W drodze powrotnej, przez chwile uczepiony byłem baru i z bliska widziałem dwóch członków załogi, którzy z uśmiechami rozmawiali o jakimś meczu. Dla nich to była codzienność i pewno taki sztorm to pestka. Jednak dla nas szczurów lądowych to niezapomniane wrażenie.
                Żeby było jasne, to absolutnie nie żałuję tego, że płynąłem tym promem w sztorm. Było to prawdziwe doznanie czegoś innego niż kapcie i kanapa. To była namiastka jakiejś apokalipsy, niebezpieczeństwa. Marynarze pewno się z tego zaśmieją, ale dla mnie była to prawdziwa przygoda z dreszczem emocji. Mimo barwnego opisu, polecam wszystkim przyspawanym do fotela płynąć „Jantarem” z Kołobrzegu na Bornholm wyłącznie podczas sztormu. To nie tylko moja opinia. Schodząc z pokładu w Nexo na Bornholmie rozmawiałem z pewnym panem, który też z rowerem wybrał się na wyspę. Widziałem go jak leżał zwinięty w kłębek na ławie pod barem, zakapturzony i opatulony z głową. Wychodząc stwierdził:

- W życiu się tak nie bałem, z Warszawy jestem, pływało się czasem po Wiśle to myślałem, że jestem wprawiony ale to co tu się działo przeszło moje najgorsze sny. Nie wiem czy będę w stanie wsiąść dziś na rower, wyrzygałem posiłki z całego tygodnia.

- No w Warszawie tego nie macie

- Ano nie, będzie o czym opowiadać - powiedział, a na jego bladej twarzy pojawił się rumieniec i coś w rodzaju uśmiechu. Myślę, że właśnie zrozumiał, że „jednak warto było”.

Sporo tekstu poświęciłem samemu rejsowi, ale te cztery i pół godziny okazało się jedną z większych atrakcji naszej wycieczki. Wyspa przywitała nas deszczem i wiatrem.



Jednak Bornholm ma jeden wielki plus, który przykrywa minusy, mianowicie… nie kołysze się. Na trudy pogodowe byliśmy przygotowani. A więc start. Nocleg mamy za 70 kilometrów w Allinge. W dwa dni chcemy okrążyć całą wyspę dokoła. Podobno można to zrobić w jeden dzień, ale po naszej wyprawie przestałem w to wierzyć, chyba, że ktoś jest prawdziwym zawodowcem. Ale po kolei. Jedziemy z Nexo zachodnią stroną wyspy. Ścieżka rowerowa numer 10. Wszystko świetnie oznaczone, ścieżki asfaltowe, tylko jechać.





Oczywiście, jak to na rowerach, ciągle mieliśmy pod wiar i pod górę no i ten deszcz. Ale kilometrów ubywało, przybywało błota na rowerze i na nas. Po drodze różne ciekawe miejsca, ale nie będę ich opisywał od tego są przewodniki. W necie pełno jest opiów zabytków i zdjęć, nie chcę tego powielać. Powiem jedno, ścieżki są tak poprowadzone, że można zobaczyć miejsca, których nigdy nie będziesz widzieć na wycieczce autokarowej.






Do 60-go kilometra wszystko było ok. Ubłoceni i mokrzy cali ale szczęśliwi w kolejnej zatoczce postanawiamy zajść do tawerny na posiłek. Patrzę na Tomka… nie będę owijał w bawełnę, powiem wprost - Wyglądał, jakby się zesrał. Rowery bez błotników, całe błoto z koła podawane jest cały czas wprost na tyłek.

- A ty na twarzy masz błoto - odgryzł się

- Już wolę na twarzy, bo na dupie to wygląda bardzo podejrzanie

- No ale wejdziemy przodem, a potem ja bokiem jakoś przejdę do stolika i siądę i już.

- Zobacz przez szybę, świeczki palą, lampki stoją na wino, siedzą w białych koszulach z eleganckimi paniami, a my co? W tym błocie?


- Nie gadaj tylko ściągaj tą folię z grzbietu i wchodzimy

Weszliśmy. Boczkiem, boczkiem i już siedzimy w kącie. Podchodzi kelnerka, karta, zamówienie, jemy i wszystko kończy się dobrze. Tomek powiadai, że w sytuacjach kontrowersyjnych zawsze można udać durnia. Tyle, że nie zawsze rozpoznaję, kiedy udaje.


Nie patrzą na nas dziwnie, pewno wielu takich umorusanych rowerzystów ich odwiedza. Płacimy i wstajemy. Spoglądam na krzesło, na którym siedział Tomek. Cóż, nadaje się przynajmniej do renowacji. Wsuwamy je skrzętnie pod stół i bełkocząc coś w języku duńsko-angielsko-polskim… powoli uciekamy z miejsca zdarzenia. I dopiero się zaczęło. Ostatnie dziesięć kilometrów okazało się piętnastoma kilometrami. Powiecie - a co to za różnica? Kilkanaście kilometrów na rowerze, gdy za plecami już 60 to tylko chwilka. Też tak myśleliśmy, dopóki nie wrzuciło nas w las. Może i ścieżka nadal była asfaltowa ale ze sporą warstwą błota. Jechaliście kiedyś kolarzówką z cienkimi kołami po błocie? Ale to jeszcze nic. Wszystko zaczęło iść bardzo ostro pod górę, wzniesienia które były do tej pory to pikuś. Podjazdy nie miały końca, były tak strome, że obok były stopnie. Twórcy przewidzieli, że podjechać się nie da i trzeba rower prowadzić.


I tak w deszczu i błocie po kostki ciągnęliśmy rowery chyba do samego nieba. Czasem trafiał się krótki stromy zjazd, ale w błocie mogliśmy się w każdej chwili wyłożyć dlatego i z góry też zaczęliśmy rowery sprowadzać. Z roweru i na rower, z roweru i na rower. Na pięć kilometrów od hotelu byłem wycieńczony. Robiliśmy przerwy na kamieniu po każdym przemierzonym jednym kilometrze. Myślę, że bym się poddał gdybym mógł, ale nie mogłem, bo poddanie się znaczy spanie pod drzewem. Zagrzewając się wzajemnie do walki posuwaliśmy po kawałku do przodu. Wciąż pod górę i pod tnący w twarz deszcz. W głowie byłem silny, ale cholerne nogi nie chciały kręcić. Było prawdziwie ciężko. Wyobraźcie sobie nasze szczęście, gdy skończył się las, potem ostatni podjazd i na horyzoncie pojawiło Allinge z hotelem. Ach jak nam się mordy śmiały.







                Wchodzimy na recepcję nikogo nie ma, kartka że recepcja czynna do 15-stej (a dotarliśmy około 21-szej). No to ładnie, uśmiechy, jak nagle się pojawiły tak nagle zniknęły. Ale przy naszej desperacji nie radziłbym nikomu utrudniać nam w spanie w czystym łóżku. Obok w korytarzu jakiś koleś czyta gazetę. Podchodzę, proszę o pomoc, wstaje podchodzi ze mną do rejestracji, pokazuje na kartkę i mówi, że czynne do 15-stej po czym się oddala.

- No to żeś kurde pomógł…

- Krzysiek zobacz tam na końcu korytarza sala, tam tańczą coś się dzieje

Idziemy, umorusani, oblepieni błotem, brudni jak matka ziemia. Na sali jakiś wieczorek zapoznawczy, czy coś w tym stylu. Przeciętna wieku 100 lat. Wszyscy ubrani odświętnie kuśtykają do taktów muzyki. To chyba się taniec nazywa. Tomek zauważa, na barze ciasto, prawdopodobnie jest za darmo dla uczestników dancingu. Tomek patrzy na mnie błagalnie:

- Weź się wmieszaj w tłum na parkiet, dwa obroty, coś tam się zakręcisz, że niby tańczysz i zawiniesz dwa kawałki ciasta. Do rana nie mamy co jeść.

Zacząłem się nawet poważnie zastanawiać, czy ruszyć w ubłoconej pelerynie, czy raczej ją zdjąć, gdy zjawił się ktoś z obsługi. Najwyraźniej rozpoznał po stroju, że jesteśmy nie z tej imprezy. Wymachaliśmy rękoma, że mamy rezerwację. Powiedział, że za chwilę ktoś przyjdzie do recepcji. I przyszedł, z uśmiechem dał nam klucze, życzył udanej nocy. Opowiedział chyba nawet jakiś dowcip, którego kompletnie nie zrozumieliśmy, co nie przeszkadzało nam śmiać się do rozpuku…. Tylko co, jeśli to nie był dowcip.


                Pokój wspaniały, duży pachnący świeżą pościelą, raj na ziemi !!!! Zrzuciliśmy błotne skorupy. Najpierw postanowiłem umyć rower, bo jak to błoto zaschnie to kołem jutro nie przekręcę. Potem wrzuciłem pod prysznic ciuchy i buty. Wszystko i tak było kompletnie mokre, więc niech chociaż będzie czystsze… nieco.



Rano założę drugi zestaw ciuchów, tylko buty będą mokre, ale przecież wyschną na rowerze… w pędzie. Po rozpakowaniu plecaka rozczarowanie. Plecak nie jest wodoszczelny, rezerwowe ciuch też są mokre. Rozwieszamy wszystko gdzie się da a Tomek suszy gacie na sobie suszarką do włosów.


Nobla dla wynalazcy prysznica. Głodni, jemy po dwa wafelki na noc i zasypiamy natychmiast. Po małej chwilce słyszę Tomka.

-  Wstawaj, Krzysiek wstawaj śniadanie zaraz

Idziemy na śniadanie. Ten hotel opanowali wyłącznie emeryci i to ci co są już na emeryturze z kilkadziesiąt lat. Czujemy się jak małolaty w krótkich gaciach ;)


Szwedzki stół, stolik z widokiem na morze. Rewelacja.


Obżeramy się tak, że postanawiamy przed jazdą jeszcze z godzinkę poleżeć.


Mamy dziś tylko 40 kilometrów do przejechania. I to już tylko z pagórkami a nie górami. Toż to jak splunąć. Życie zweryfikowało, że wielce się myliłem lekceważąc te 40 kilometrów. Ale po kolei. Wyruszamy około 10 tej, nad głową słońce. Na odchodne Tomek kupuje na pamiątkę piłeczki golfowe, zamiast wody, która jest obok. O tym, że nie mamy nic do picia pomyśleliśmy dopiero w szczerym polu... no ale mamy piłeczki. Wodę, eee kupimy gdzieś. Niestety niedzielę Duńczycy traktują poważnie, wszystko pozamykane. W ustach pustynia. Szukamy napojów w przydrożnych stoiskach. Jest tu taki zwyczaj, że ludzie w przydrożnych budkach wystawiają różne towary i kasetkę. I takie sklepiki stoją przy drodze samopas. Podróżny zatrzymuje się, bierze co chce i wkłada do kasetki pieniążek. Nikt tego nie pilnuje i to działa.



Wyobraźcie sobie wprowadzenie takiego handlu do nas, widzicie to optymistycznie? Niestety w sklepikach było wszystko oprócz napojów. Ale w końcu się udało. Bardzo klimatyczne miasteczko Svaneke. Spędzamy tu mile czas, jemy lody, pijemy kawę, zaopatrujemy w napoje, nie chce się stąd wyjeżdżać.







Do promu 10 kilometrów i kupa czasu. Jedziemy na luzie, uśmiechnięci i rozgadani. Nagle zauważam:

- Tomek, zobacz czy mam powietrze z tyłu?

- Chyba mało

Stajemy. Przebita dętka. E tam, każdy z nas ma po dętce i po pompce. A nie… Tomek zauważa:

- Ty wiesz, że pompkę gdzieś w tym błocie zgubiłem?

- Całe szczęście, że wzięliśmy dwie pompki

Zaskakująco sprawnie wymieniamy dętkę w tylnym kole, pompujemy moją mini pompką całkiem twardo. Jesteśmy dumni z siebie


- Takie numery to nie z nami - mówię

- Takie problemy się rozwiązuje i jedzie dalej - mówi Tomek

Poczuliśmy się takimi cwanymi cwaniakami, że chyba nie ma cwańszych. Po kilku minutach, sytuacja się powtarza

- Tomek, zobacz czy mam powietrze z tyłu?

- Chyba mało

Stajemy. Znowu nie ma powietrza w tym samym kole. Tomek rzuca fachowo.

- Na pewno coś siedzi w dętce, nie sprawdziliśmy

- Całe szczęście, że wzięliśmy dwie dętki


Tym razem sprawdzamy oponę po milimetrze. Tomek znajduje jakiś kolec roślinny. Czubek sterczy od wewnątrz. Wyjmujemy. Wkładamy ostatnią dętkę, pompujemy. Żeby dodać sobie pewności mówię:

- Do promu tylko sześć kilometrów, dętki się skończyły, ale dwie gumy to już pech, trzecia to przecież niemożliwe

Wsiadamy, jedziemy. Wiatr wieje coraz mocniej zapowiadając ciekawy powrót promem. Na drodze jest namalowany pas przerywany więc czuję stukanie na kreskach. Zjeżdżam z pasa i… nadal słyszę stukanie.

- Coś nie gra! - wrzeszczę przez ramię

- Bolą biodra? - ryczy Tomek?

- Koło stuka!

- Jaka suka?

Staję, bo przez wiatr nie pogadamy podczas jazdy. Ścieżka jest wzdłuż wybrzeża, wieje od morza, które pokryte jest białymi grzywami. Wybrzeże piękne, kamieniste. To tylko 100 kilometrów od mojego domu a krajobraz jakże inny. Kamieniste wybrzeże jak nad morzem śródziemnym. Jest przepięknie, w słońcu widać więcej niż wczoraj w deszczu. Wczorajszy dzień był po to by udowodnić sobie że nadal jesteśmy twardymi chłopakami, a dzisiejszy jest dla oka.









 
Szukam przyczyny niepokojącego stukania, Tomek zauważa w czym problem.

- To znowu tylne koło, bąbel ci wylazł

- Faktycznie - mówię - źle weszła opona i w jednym miejscu jest bąbel. Ale my mamy szczęście, że nie pękła ostatnia dętka.

- To nasze szczęście to trochę dyskusyjne jest


Ściągamy znowu koło, oponę dętkę. Idzie nam już tak sprawnie, że możemy warsztat rowerowy otworzyć. Poprawione, sprawdzone na dziesięć sposobów. Jedziemy dalej. Zachwycamy się okolicą.

- Mógłbym tu mieszkać - mówi Tomek - kawałek pola i tak bym sobie żył

Bornholm z roweru jest faktycznie przepiękny, miasteczka zadbane, domki malutkie z belkowaniem, kolorowe. Nawet nie robię zdjęć, bo to zwyczajnie trzeba samemu zobaczyć na rowerze. Przejazd przez każdą mieścinę to przeżycie, a poza zabudowaniami widoki. No coś pięknego.Przed nami ostry zjazd, jedziemy na złamanie karku bo widać dużo do przodu, ale po drodze krzyżówka, widzę tabliczkę, że my w prawo, hamuję ostro i skręcam. Z tyłu dochodzi mnie rumor i chyba brzydki wyraz po polsku. Tomek leży. Leży i stęka a mi się śmiać chce. Resztką przyzwoitości powstrzymałem się od zrobienia mu zdjęcia, poczekałem z tym aż wstanie z godnością. On też się śmieje ;) Nogi i łokieć zdarty, kierownica wykręcona nienaturalnie.



Trzy kilometry do promu. Czyżby Stwórca nie chciał byśmy dziś dotarli? Opatrzenie ran przy pomocy chusteczki higienicznej. Kierownicę prostujemy przy pomocy imbusa. Tomek na każdej wycieczce ma imbusy, nożyczki, kombinerki i diabli wiedzą co jeszcze. Nie wiem gdzie to wszystko mieści, ale zazwyczaj ma w potrzebie niezbędny przyrząd.

- Żyjesz? Dasz radę jechać?

- Gorzej bywało, rany powierzchowne, tylko żebra stłukłem to będzie dłuższa pamiątka z Bornholmu.

- Jedź Tomek pierwszy, bo nie wiem jak szybko będziesz mógł jechać, będę za tobą.

Wsiadamy, ruszamy. Po chwili widzę, że w Tomka przednim kole nie ma powietrza.

- Chyba nie mamy więcej dętek - zauważa trzeźwo Tomasz

- No wycieczka z prawdziwymi przygodami. Do promu dwa kilometry. Tyle to już poprowadzimy rowery pieszo. Ale czekaj masz przecież łatki.

- Mam, ale nie wiem gdzie dziura

- Trzeba poszukać najbliższej kałuży i sprawdzimy dziurę i zalepimy

- Spróbuję kawałek pojechać bez powietrza, zobaczymy jak idzie, asfalt gładziutki. I tak mamy szczęście, że to przednie koło a nie tylne. Na przednie mniejszy nacisk jest

- To nasze szczęście to trochę dyskusyjne jest

Tomek gramoli się na rower i jedzie, ja za nim. Patrzę na licznik. Tomek zapiernicza bez powietrza 20 na godzinę. Znowu mi się chce śmiać. Może moja opowieść nie wygląda wesoło, ale dawno się tak z Tomkiem nie uśmialiśmy jak tu. Czym gorzej tym lepiej. Branie tarapatów z dystansem i na wesoło naprawdę działa. Dwa kilometry i wjeżdżamy na flaku zwycięsko do Nexo. Wyspa objechana. Straty? Trochę moich rzygowin, jedna pompka, trzy dętki, ja zawalone gardło, dreszcze i początki przeziębienia, Tomek zbite żebra i otarcia skóry tu i tam. W Nexo dwie godzinki przed czasem mimo małych przeszkód. Zwiedzamy miasto, wydajemy ostatnie korony na obiad, który zapewne zaraz zwrócimy na promie. Czujemy zmęczenie, bolą nogi i plecy, jesteśmy bardzo zadowoleni z wyprawy. Z tego, że była dokładnie taka, jaka była. Niby banalna wycieczka, a każda jej chwila była pełna działania, ani chwili nudy. Na pewno tu wrócimy, przy okazji jakiegoś sztormu.



Wsiadamy na prom, oczywiście buja już w porcie. Wiar się wzmaga. Mało ludzi na promie, idziemy z przyzwyczajenia na pokład restauracyjny. Miejsca tyle, że rozkładamy się na leżąco na kanapach. Próbujemy zasnąć, zaczyna bujać, fotele przemykają przed oczami od ściany do ściany. Tym razem puste, bez dziadka w środku. Ale nie mdli mnie wcale, właściwie mam gdzieś czy mocno buja czy słabo. Zmęczenie jest lepsze od Aviomarinu. Jesteśmy zmęczeni na tyle, że chyba zasypiamy, taki letarg między jawą a snem. Nie mam pojęcia co się dzieje, czy ktoś zwraca. Z letargu wyrywa mnie Tomek.

- Widać już Kołobrzeg


Siadam. Promem rzuca całkiem mocno. Zadziwiające, jak mogłem zasnąć w takich warunkach. Tomek ma niewyraźną minę

- Co? Zwracałeś? - pytam

- Nie, to nie to. Jak spadłem z roweru to butelka z napojem mi się uszkodziła, Wszystko wylało mi się teraz w plecaku jak na nim spałem. Cała butelka wlała się do plecaka, wszystko mokre i kurtkę mam mokrą bo leżała pod plecakiem. Ale i tak miałem szczęście.

- A dlaczego tym razem?

- Bo ruszyłem tyłek i pojechałem na Bornholm nie patrząc na pogodę i trudności - śmieje się

- Tak - zamyśliłem się - To jedna z naszych najbardziej udanych wycieczek

Schodzimy z promu, żegna nas uśmiechnięty kapitan który na pożegnanie krzyknął jeszcze rubasznie:

- I pamiętajcie, że ja zawsze bujam!

Wsiadamy do auta. O dziwo zwyczajnie odpala i jedzie. Aż dziwne. Jest już ciemno, po 22-giej. Za pierwszym zakrętem wyskakuje facet przed maskę z rozłożonymi rękoma. Jedziemy wolno, nie mam mowy o wypadku, ale co on chce?

- Panowie pomóżcie, auta nie mogę odpalić, a tu ciemno, nikt się zatrzymać nie chce. Kable mam już podpięte, tylko do akumulatora muszę dopiąć sprawnego.

- Nie ma problemu

Podjeżdżam, podpinamy kable, facet odpala, żona w aucie uradowana. Kierowca bardzo wdzięczny.

- Pecha mam cały dzień - mówi - a do Krakowa jeszcze daleko, diabli wiedzą co się jeszcze zdarzy. Ale i tak miałem szczęście, przecież mogliście się nie zatrzymać i bym sterczał do rana.

- To szczęście to czasem dyskusyjne jest - rzuciłem patrząc porozumiewawczo na Tomka ;)

O 24.00 wziąłem prysznic we własnym domu. Potem wczłapałem się na górę do sypialni. Wśliznąłem do łóżka, w którym czekała moja pachnąca, piękna, ponętna żona i… wstyd się przyznać, od razu zasnąłem....



P.S. Pragnę oświadczyć, że jeśli chodzi o "te rzeczy" to na wyspie również do niczego nie doszło. Jak widać Tomek tylko kolejny raz udał durnia.



4 komentarze:

  1. Wspaniały opis! Przeczytałam jednym tchem i do tego z bananem na twarzy cały czas :)Czytałam z tym większym zainteresowaniem, że kilka lat temu wybrałam się na Bornholm z koleżanką na motocyklach. Na szczęście nie było sztormu. Ale parówki zakupione na promie i tak straciłam. Byłyśmy na wyspie dwie noce i trzy dni, bo prom w jeden dzień miał wolne i nie było czym wracać. Objechałyśmy całą wyspę w kilka godzin. Małe domki zachwycają, koło czarnego wiatraka przejeżdżałyśmy kilka razy dla zdjęć :) W dzień wyjazdu poszłyśmy na plażę i wydawało nam się, że godzina wystarczy, aby dotrzeć na prom. Wsiadamy na motocykle a Moto Guzzi mojej koleżanki nie pali... Ja z kolei przed wyjazdem miałam zmieniane opony w swoim Transalpie i mechanik za mocno naciągnął łańcuch, co zauważył spotkany na Bornholmie polski motocyklista. Opatrzność czuwała nade mną, bo łożysko w tylnym kole rozwaliło się pod samym domem - na podwórko wjeżdżałam z klekotem koła... Wasz wyjazd, tak odmienny, tak bardzo przypomina jednak mój i koleżanki. Dzięki za ten wpis - rozbudził wspomnienia, rozśmieszył i rozjaśnił dzień, który dzisiaj zaczął się zgrzytem :) Obu więcej tak pozytywnie zakręconych ludzi było na świecie. P.S. Na zdjęciu 18 to przypadkowo kolega Tomek pozuje z miną identyczną jak ten koleś namalowany z prawej strony zdjęcia?

    OdpowiedzUsuń
  2. Miłe słowa. Cieszę się, że są ludzie którzy odrywają się od codzienności na takie różne przygody. Dziewczyny na motorach, wiatr we włosach, uśmiech na twarzy, jakbym Was widział ;) A przeciwności losu? Cóż, wpisane są w to miejsce i stanowią jedną z większych atrakcji ;) Czyżbyśmy kiedyś jeszcze mieli wrócić na Bornholm? I my i Wy? Kto wie ;) A co do zdjęcia Tomka, to przyznam, że nie zauważyłem wcześniej tego malunku, podobieństwo jest faktycznie uderzające ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetne, dawno tak się nie śmiałam.A napisane tak, że człowiek od razu wsiadalby na rower i z Wami na dobre i na złe. Szkoda, ze nie jestem 20 lat młodsza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A właśnie dziś w nocy było cofanie zegarków o 20 lat, jeśli przeoczyłaś to za rok 😀

      Usuń